E-wydanie | Prenumerata | Księgarnia
100% prawicy! Wiosenne nowości w księgarni sklep-niezalezna.pl (tutaj)
Atmosfera wokół Izraela zagęszcza się. Nadchodzą ciężkie dni. Chodzi mi o kryzys państwa narodowego w Izraelu. Składają się na to rozmaite czynniki. Po pierwsze – żar ideowy syjonistycznych pionierów wypalił się. Pokolenie, które Izrael stworzyło, odchodzi. Po drugie – większość dzieci i wnuków tych ludzi chce być jak wieczne nastolatki europejskie i amerykańskie: wyluzowane i naćpane w takt MTV, twittera i Facebooka. W izraelskości i żydostwie trzyma ich głównie pamięć o Holokauście i grupowe wyprawy do negatywnie odbieranej Polski, miejsca eksterminacji.
Po trzecie – wśród żydowskiej elity intelektualnej zderzają się rozmaite koncepcje Izraela. Czy ma pozostać państwem narodowym, z prymatem ludności żydowskiej? Czy też ma zniknąć z mapy, a Żydzi mają albo wyemigrować, albo podporządkować się arabskiemu panowaniu? A może wdrożyć model wielokulturowy, gdzie Arabowie i Żydzi żyliby obok siebie w zgodzie i miłości?
Po czwarte – Izrael jest podzielony wewnętrznie sam przeciw sobie. Oprócz mieszkańców tolerancyjnie luzackich, są też ostro ortodoksyjni religijnie. Skrajni odmawiają Izraelowi prawa bytu w ogóle. A niektórzy ultraortodoksi odmawiają prawa do żydostwa innym Żydom (zob. np.: Matthew Kalman, „Israel’s Ultra-Orthodox Jews Clash with Secular Courts”, „Time Magazine”, 18 czerwca 2010 r.) Ale większość religijnych Izraelczyków weszła w symbiozę z sekularnymi syjonistami prawicowymi, tworząc potężną orientację narodowych judaistów. Mają oni coraz więcej do powiedzenia w armii. Są też dobrze reprezentowani na wsi, a szczególnie w osiedlach pionierskich. Ludność miejska w większości odrzuca takie postawy, skłaniając się w stronę norm obowiązujących w politycznie poprawnych sferach Zachodu. Do mieszanki dochodzą też post-Sowieci, z których wielu udaje, że jest żydowskiego pochodzenia, co pozwoliło im na emigrację do Izraela. Część post-Sowietów stała się wręcz szowinistami izraelskimi. Ale większość jest raczej indyferentna. Szukają wyższego standardu życia, utrzymują związki z Rosją, a niektórzy gotują się do emigracji do USA. Są też i Żydzi sefardyjscy, czyli bliskowschodni i afrykańscy, którzy czują się w Izraelu dyskryminowani. Szczególnie niezadowoleni są Falasze, czarnoskórzy Żydzi etiopscy, którzy oskarżają współrodaków – współwyznawców o traktowanie ich jak obywateli drugiej kategorii.
Po piąte – Izraelowi zagraża stale ofensywa antyizraelska w Trzecim Świecie. Dotyczy to nie tylko krajów arabskich czy muzułmańskich w ogóle (a ostatnio uaktywniły się na tym froncie Malezja i Indonezja), ale po prostu praktycznie wszystkich. Na przykład w Afryce antyizraelskość to dogmat – co widać po głosowaniu państw Czarnego Kontynentu w ONZ. Większość rządzonych przez lewicowców państw Ameryki Łacińskiej prześciga się we wrogości do Izraela, a niedoścignionym wzorcem dla nich jest narodowy socjalista Hugo Chávez, dyktator Wenezueli (zob. np.: agencja FNA, „Pakistani General Calls UN Resolution against Iran US-Israeli Plot”).
Po szóste – na kryzys Izraela wpływa też i atmosfera intelektualna Zachodu. Jest ona wściekle lewacka, paraliżująco antynarodowa oraz chorobliwie antytradycjonalistyczna. Podkreślmy, bo jest to bardzo ważne: istnieje taktyczne przymierze między zachodnimi lewakami z jednej strony a muzułmańskimi fundamentalistami i narodowymi socjalistami trzecioświatowymi z drugiej. Szczególnie dynamiczni islamiści jawią się jako źródło rewolucyjnej destrukcji, spełniająca się obietnica eksterminacji cywilizacji zachodniej, czego pragną nowe pokolenia antyreligijnych lewaków. Wspólna sprawa to podminowanie Zachodu, rewolucyjne zniszczenie tradycyjnych więzi, w tym narodowych, a przede wszystkim religii chrześcijańskiej, wolnego rynku i własności prywatnej – co obiecują antyizraelscy radykałowie obecnie podpierający się Koranem.
Po siódme – dochodzą do tego zmiany demograficzne w Europie, która nabiera coraz bardziej islamskiego charakteru. W mniejszym stopniu dotyczy to również Ameryki Północnej. Na scenę wchodzi nowy blok elektoratu, wrogi w stosunku do Izraela. Chce zdobyć władzę nie w drodze rewolucji, lecz ewolucyjnie, metodą demokratyczną.
Po ósme, z powyższym częściowo związane – zaznacza się też spadek poparcia politycznego dla Izraela na Zachodzie. Po zimnej wojnie Izrael już nie jest tak potrzebny USA i Europie. Carte blanche dla Tel Awiwu – Jerozolimy po prostu przestała istnieć. W Europie (oprócz powyżej wymienionych czynników kulturowych i demograficznych) ma to bezpośredni związek przede wszystkim z wojną w Iraku. W USA również. Po prostu dominuje przekonanie, że wojna ta jest niepotrzebna, a wynika głównie z amerykańskiego poparcia dla Izraela (zob. np.: John J. Mearsheimer i Stephen Walt, „The Israel Lobby and U.S. Foreign Policy”, Farrar, Straus and Giroux, New York, 2007; skrót głównych tez w http://www.lrb.co.uk/v28/n06/john-mearsheimer/the-israellobby).
Dochodzi do tego stopniowe odwracanie się od Izraela liberalnej ludności pochodzenia żydowskiego w Ameryce. Na razie jest to głównie neutralność, naznaczona wstydem z powodu ostrych akcji militarno-policyjnych Izraela wobec Arabów. Żydzi amerykańscy w większości bowiem mają kłopot z trwającą ponad 40 lat izraelską okupacją. Bardzo trudno jest ją usprawiedliwić w świetle ideologii praw człowieka i praw mniejszości, która dominuje w USA, a którą społeczność żydowska ze szczególną chęcią przywołuje.
Ponadto żydowscy lewacy w Ameryce rzucili wyzwanie neokonserwatywnemu i syjonistycznemu monopolowi na reprezentowanie Izraela. Stworzyli swoje własne lobby pod nazwą J-Street. Organizacja ta jest faworyzowana i forowana przez Biały Dom. Z tego wszystkiego wynika, że nad Izraelem zbierają się czarne chmury. Oto garść przykładów z ostatniego czasu. Zajmijmy się najpierw klimatem intelektualnym, a potem wydarzeniami kulturowymi, społecznymi i politycznymi.
Głośnym echem odbija się debata wokół książki Shlomo Sanda „The Invention of the Jewish People” (Verso Books, London, 2009). Jak autor powiedział „Rzeczpospolitej” (28-29 listopada 2009 r.), „polityka Państwa Izrael przyczyniła się do znacznie większego wzrostu antysemityzmu niż moja książka. Gdy ktoś mówi coś niewygodnego, najłatwiej jest go oskarżyć o antysemityzm. Ja nie dam sobie zamknąć ust i dalej będę się starał obalić niebezpieczny mit, że Izraelczycy są wspólnotą etniczną. Doprowadza on bowiem do szaleństwa, jakim jest udawanie, że ćwierć ludności naszego kraju nie istnieje”. O co chodzi?
Według post-modernistycznej mody Sand zdekonstruował pojęcie narodu żydowskiego i doszedł do wniosku, że takie pojęcie zostało wymyślona przez garstkę żydowskich intelektualistów, którzy oparli się na paradygmacie nacjonalistycznym, powstałym właśnie na Zachodzie w XIX wieku. Nazwali swoją ideologię narodową syjonizmem. Czyli – jak twierdzi Sand zupełnie sztuczny twór. Żydzi w sensie narodowym, etnicznym nie istnieją. Syjoniści po prostu wmusili w nich fałszywą świadomość i tak dzięki propagandzie syjonistycznej, a następnie niekwestionowaną siłą inercji ludzie o żydowskich korzeniach określają się jako „naród”. Dla konserwatystów i innych prawicowców ta argumentacja brzmi znajomo, bowiem intelektualni pobratymcy Sanda takie rzeczy opowiadają od dawna o Polakach i innych narodach. Polskość ma być rzekomo też pojęciem sztucznym, a świadomość polska jest rzekomo fałszywa, będąc jakoby oparta na propagandzie nacjonalistycznej połączonej z rzekomo nieprawidłowo pojmowanym chrześcijaństwem. Jest to typowy błąd aprioryzmu. Polskość jest zredukowana do etno-nacjonalizmu, podczas gdy polskość to sprawa nie krwi (etnosu), a kultury, czyli sposobu, w jaki jesteśmy cywilizowani i w jaki orientujemy się według symboli kulturowych, w tym języka i religii katolickiej. Dotyczy to też innych narodów. Ponadto Sand i jego współtowarzysze są w stanie wyobrazić sobie tylko gwałtowne, rewolucyjne narzucanie i egzekwowanie pewnej wizji ideologicznej rzeczywistości. Kochają inżynierię społeczną, teraz w formie multikulturalizmu. Zupełnie nie rozumieją, że narody powstają w ramach swobodnego do pewnego stopnia procesu ewolucyjnego, aprobując, ale też i modyfikując elementy zastane, jak również absorbując stale elementy nowe na podstawie mechanizmu eliminacji (trial and error).
Mechanizm ten pomaga przyjmować z zewnątrz cechy pożyteczne na podstawie podejścia a posteriori. Po prostu ludzie uczą się na doświadczeniach, a nie wymyślają apriorystycznie badziewie według najnowszych herezji intelektualnych, znakomicie paraliżujących naszą cywilizację+++. Nota bene Sand – którego rodzice byli w Komunistycznej Partii Polski i starali się w podobny sposób niszczyć Polskę i polskość przed wojną jak syn teraz niszczy Izrael i żydowskość – nie jest wcale oryginalny, nawet w żydowskim kontekście. Przecież tradycyjną, narodową interpretację żydowskości i Izraela kwestionowali także inni – choćby marksistasyjonista z partii Mapam (Zjednoczonej Partii Robotniczej), Simha Flapan, autor pracy „The Birth of Israel: Myths and Realities” (Pantheon, New York, 1987).
Jeszcze ostrzej krytykował syjonizm i syjonistów lewak Lenni Brenner („Zionism in the Age of Dictators”, 1983, praca oferowana za darmo przez niemiecką witrynę lewacką http://www.marxists.de/middleast/brenner). Brenner wręcz zarzucił syjonistom współpracę z nazistami. Warto też przypomnieć w tym kontekście różne pozycje antyjudaistyczne i antyizraelskie wolterianina Israela Shahaka. Obecnie triumfy popularności święci radykał Norman Finkelstein, którego praca „The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering” (Verso, London, 2000) stała się dziełem wręcz sztandarowym dla krytyków Izraela i nielewackich organizacji żydowskich. Podkreślmy, że pewne sprawy, którymi zajął się choćby Filkelstein, zostały w podobny sposób opisane przez solidnych naukowców – np. Raul Hilberg odrzucił oskarżenia o winę banków szwajcarskich w sprawie traktowania ofi ar Holokaustu.
Ostra krytyka syjonizmu pióra takich publicystów jak Brenner czy religii żydowskiej przez Shahaka nie oznacza też, że na pewnych płaszczyznach nie dzieje się Palestyńczykom krzywda czy że nie ma kontrowersyjnych aspektów judaizmu. Jednak lewackim propagandystom nie chodzi o wyważoną dyskusję nad tymi problemami. Sanda i pokrewnych mu autorów charakteryzuje radykalizm, nienawiść do tradycji oraz wszystkiego, co jest sprzeczne z ich apriorystycznymi, kosmopolitycznymi ideami, a szczególnie do uniwersalizmu chrześcijańskiego i koncepcji państwa narodowego. Co więcej – jak twierdzą niektórzy nasi koledzy, zbyt często w argumentacji tych lewicowców widać ślady propagandy zainicjowanej przez dawne sowieckie służby specjalne. Czyżby śniła im się kiedyś światowa republika rad, tak jak dziś multi-kulti utopia Unii Europejskiej?
Na czym więc polega głównie popularność tych radykalnych autorów? Nie są przecież wcale oryginalni. Jednak ze względu na swoje żydowskie pochodzenie mogą właściwie bezkarnie krytykować – słusznie czy nie – pewne zjawiska związane z Izraelem i społecznością żydowską. A takie rzeczy nie-Żydom nie uchodzą na sucho ze względu na terror politycznej poprawność. I w taki sposób Sanda, Finkelsteina i innych przywołują wszyscy – nawet osoby żydostwu niechętne, autentyczni antysemici. I z takiej właśnie krytyki wyłania się propagowana na Zachodzie, chyba najgłośniej przez lewaków żydowskiego pochodzenia, wizja Izraela jako państwa apartheidu, niemal faszystowskiego, ultranacjonalistycznego oraz wizja kierowniczych gremiów społeczności żydowskiej zainteresowanych jedynie pieniędzmi i władzą, często sprawowaną tajemnie, nad prześladowanym ludem, w tym i żydowskim, który to lewacy, w tym i żydowscy, obiecują uwolnić.
Autor felietonu nie wspomniał o toczacym się bardzo poważnym KONFLIKTEM miedzy izraelitami zamieszkałami w Izraelu i żydami zamieszkałymi poza izraelem, zwłaszcza w USA.
Otóż w Izraelu opracowano ustawę w Knesecie na temat DEFINICJI żyda i obywatelstwa Izraela.
Otoż, do tej pory o ostetecznym przyznawaniu obywatelstawa Izraela decydował rabinat.
Ponadto, za żyda uznawano osobę, która uradziła się z matki żydówki oraz była wyznanaia judaistycznego.
Ta nowa ustawa na temet “kto jest żydem” ustala tylko zasadę, że żyd musi być urodzony z matki żydówki, ale NIE MUSI być wyznania judaistycznego.
Albowiem w Izraelu jest 2.1 milona “żydów” przybyłych z ZSRR i Rosji, wsród których jest bardzo dużo ATEISTÓW i to oni wymusili taką ustawę domagajac się SEPERACJI religi od urzedu panstwa w Izraelu.
Z takim zapisem nie zgadza się diaspora, zwłaszcza żydostwo z USA, które w wiekszosci jest pochodzenia rosyjskiego.
Izraelici zamieszkali w Izraelu twierdzą, że diaspora to może MIEĆ TYLKO ŻYCZENIA ale NIE bedzia ustanawiać prawa w Izraelu.
Obecny premier Izraela postraszony przez ortodoksów z New Yorku, że nie może liczyć na ich wsparcie finasowe, czyli diaspory amerykanskiej w nastepnych wyborach jeśli podpisze ta ustawę.
Ustawa jest nie podpisana, ale zatwierdzona przez Kneset, a spór miedzy żydami się zaostrza i toczy się dalej.
Proszę poczytac sobie nstepne artykuły na ten temat:
“The Diaspora Need Not Apply”
http://www.nytimes.com/2010/07/16/opinion/16newhouse.html
“Jewish Legitimacy”
http://www.forward.com/articles/129454/
“New directives issued by Israel’s Chief Rabbinate may do more harm than good”
http://cgis.jpost.com/Blogs/orthodoxopinions/entry/new_directives_issued_by_israel
Artykułow na temat tego sposru zydoskiego jest w całej prasie zydoskiej na świecie, gdyż izraelici NIE CHCĄ powiazania obywatelstwa izraelskiego z jakąkolwiek religą a wtym też z judaizmem dlatego tak płaczą rabini na całym świecie bo to zgraża ich FINANSOWEJ EGZYSTENCJI oraz kaształtowania szowinistycznego oraz rasistowskiego zyda tak jak to było do tej pory.
Wprowadzić socjalizm w Izraelu i mamy go z głowy. Ciekawe czy wypromowanie Obamy to nie sprawka Brzezińskiego.
Przytaczam kopie artykułu “The Diaspora Need Not Apply” z The New York times, gdyż stwierdziłem że ten artykół już został przeniesiony do ARCHIWUM i trzeba za niego zapłacic jak ktos chce przeczytać. Jest to bardzo ważna sprawa dla kogoś kto interesuje się Izraelem. W tym artykukule jest zawrte stanowisko diaspory zydoskiej oraz rabinatu w USA na temat NOWEJ izraelskiej ustway precyzujacej “KTO jest żydem i izraelitą” która POMIJA wymóg wyznawania judaistycznej religi :
“The Diaspora Need Not Apply”
By ALANA NEWHOUSE
July 15, 2010
WHO is a Jew? It’s an age-old inquiry, one that has for decades (if not centuries) provoked debate, discussion and too many punch lines to count — all inspired by what many assumed was the question’s essential unanswerability. But if developments this week are any indication, the Israeli parliament, the Knesset, might soon offer an official, surprising answer: almost no one.
On Monday, a Knesset committee approved a bill sponsored by David Rotem, a member of the nationalist Yisrael Beiteinu party, that would give the Orthodox rabbinate control of all conversions in Israel. If passed, this legislation would place authority over all Jewish births, marriages and deaths — and, through them, the fundamental questions of Jewish identity — in the hands of a small group of ultra-Orthodox, or Haredi, rabbis.
The move has set in motion a sectarian battle that is not only dividing Israeli society but threatening to sever the vital connection between Israel and the American Jewish diaspora.
The problem is not simply that some of these rabbinical functionaries, who are paid by the state and courted by politicians, are demonstrably corrupt. (To take the most salacious of a slew of examples, an American Haredi rabbi who had become one of the most powerful authorities on the question of conversion resigned from his organization in December after accusations that he solicited phone sex from a hopeful female convert.) Rather, it is that the beliefs of a tiny minority of the world’s Jews are on the verge of becoming the Israeli government’s definition of Judaism, for all Jews.
It is hard to exaggerate the possible ramifications, first and foremost for Jewish Israelis. Rivkah Lubitch, an Orthodox woman who is a lawyer in Israel’s rabbinic court system, painted a harrowing picture of the future in a recent column on the Israeli Web site Ynet.
“Even if you didn’t go to register for marriage, and even if you didn’t go to a rabbinic court for any reason, and even if you didn’t pass by a rabbinic court when you walked down the street — the rabbinic court can summon you, conduct a hearing about your Jewishness and revoke it,” she wrote. “In effect, the entire nation of Israel is presumed to be Not-Jewish — until proven otherwise.”
Why are the rabbis doing this? The process is not being driven, as some say, by a suspicion of new converts — they’re simply a wedge issue. Nor is it, as others argue, a reaction to the influx of Russian Jews, who when they seek permission to wed in Israel are often asked for evidence that their families were registered as Jews in the old Soviet Union.
No, what is driving this process is the desire of a small group of rabbis to expand their authority from narrow questions of conversion to larger questions of Jewish identity. Since what goes for conversion also goes for all other clerical acts, only a few anointed rabbis will be able to determine the authenticity of one’s marriage, divorce, birth, death — and every rite in between.
And lest one imagine that this is just another battle between the more progressive Reform and Conservative denominations and the more observant Orthodox, it must be noted that the criteria used by the rabbinate are driven by internal Haredi politics, not observance. According to the Jewish Week, at one point the number of American rabbis who were officially authorized by the Israeli rabbinate to perform conversions was down to a few dozen. Even if you are Orthodox — and especially if you are Modern Orthodox — your rabbi probably doesn’t make the cut. (Don’t believe it? Go ask him.)
Given that the conversion bill is the latest in a series of similarly motivated efforts, it seems almost useless to note that the stringent approach to Jewish law that the Israeli rabbinate promotes bears little connection to the historical experience and religious practice of the majority of Jewish people over the past two millenniums. It will do little good, too, to point out that it is well outside the consensus established by Hillel — arguably the greatest rabbi in all of rabbinic Judaism and whom, as Joseph Telushkin argues in a forthcoming book, was willing to convert a pagan on the spot, simply because he’d asked.
And it doesn’t help to argue that giving the ultra-Orthodox rabbinate total control over Jewish practice will destroy religious life in Israel just as surely as clerical control hurt the Church of England and the Catholic Church in Spain and France. Or that the Zionist founders, from Herzl to Jabotinsky to Ben-Gurion, all believed passionately in the unity of the Jewish people and the need for a secular state.
But perhaps a more practical rallying cry will work: If this bill passes, future historians will inevitably wonder why, at a critical moment in its history, Israel chose to tell 85 percent of the Jewish diaspora that their rabbis weren’t rabbis and their religious practices were a sham, the conversions of their parents and spouses were invalid, their marriages weren’t legal under Jewish law, and their progeny were a tribe of bastards unfit to marry other Jews.
Why, they will wonder, as Iran raced to build a nuclear bomb to wipe the Jewish state off the map, did the custodians of the 2,000-year-old national dream of the Jewish people choose such a perverse definition of Jewish peoplehood, seemingly calculated to alienate supporters outside its own borders?
And, they will also wonder, what of the quiescence of diaspora Jewry? Many American Jews understandably see Israel as under siege and have not wanted to make things worse; they imagined that internal politicking over conversions and marriages was ephemeral, and would change. But the conversion bill is a sign that this silence was a mistake, for it has been interpreted by Israeli politicians as a green light to throw basic questions of Jewish identity into the pot of coalition politics.
The redemptive history of the Jewish people since the Holocaust has rested on the twin pillars of a strong Israel and a strong diaspora, which have spoken to each other politically and culturally, and whose successes have mutually reinforced the confidence and capacities of the other. Neither the Jewish diaspora nor Israel can afford a split between the two communities — a dystopian possibility that, if this bill passes, could materialize frightfully soon.
Alana Newhouse is the editor in chief of Tablet Magazine, which covers Jewish life and culture.
http://www.nytimes.com/2010/07/16/opinion/16newhouse.html
Trzeba głośno domagać się prawdy o chazarskim pochodzeniu aszkenazich.
W ósmym punkcie palną autor kompletną bzdurę. A czymże nie jak właśnie czekiem in-blanco dla Izraela jest ostatnia rezolucja Kongresu USA H.R. 1553?
is a wery najs!
Autor ukrywa istote sprawy: pojecie “Zyd” oznaczalo przez tysiace lat wyznawce Judaizmu. Syjonisci postanowili to zmienic, a wiec Zydzi slusznie bronia sie przeciwko tej probie likwidacji Zydowstwa jakim ono istnialo od zawsze i podmieniania zawartosci samego pojecia.
Charakterystyczne: Autor zarzuca wszystkim “inzynierie spoleczna”, “apriorizm” itp. tylko nie syjonistom, ktorzy przeciez wlasnie tego dokonali i dokonuja nadal. Jesli “inzynieria spoleczna” syjonistow sie powiedzie, to z “Zyda” pozostanie pewnego dnia tylko nazwa – po tysiacach lat pod pojeciem “Zyd” bedzie kontynuowane cos zupelnie innego.
Powstaje pytanie, dlaczego syjonisci tak sie uparli, by zlikwidowac religie zydowska, czyli Judaizm – taki bedzie przeciez ostateczny skutek syjonizmu? Przeciez mogliby stworzyc Izrael i miec narod izraelski – po co im do tego “Zyd”, ktory tysiace lat istnial wylacznie jako wyznawca Judaizmu. Po pierwsze, dlatego, ze syjonizm zrodzil sie wsrod Zydow – znikoma czesc Zydow, ktorzy odeszli od swej religii, postanowila zalozyc panstwo i potrzebowala do tego obywateli, ktorych rekrutowala ze swego srodowiska, i ktorego problemy z antysemitami chiala rozwiazac. Po drugie, zdobycie ziemi na syjonistyczne panstwo moglo sie latwiej udac, jako rabunek Palestyny Palestynczykom, niz np. Argentyny Argentynczykom, wlasnie dlatego, ze ateistyczni zalozyciele Izraela mogli zamanipulowac w tym celu religie Judaizmu, ktora przechowywala pamiec o utraconej przed tysiacami lat “podarowanej przez Boga” Izraelitom ziemi Kaananitow (dzisiejszych Palestynczykow).
Zaden z potepianych przez autora kierunkow myslowych nie nadszarpna tozsamosci zydowskiej w tak olbrzymim wymiarze, tak skutecznie, jak syjonizm, ktorego autor bynajmniej nie potepia.
Autor widzi Katolicyzm jako istitny skladnik, a wiec wyroznik, Polskosci – to blad, poniewaz Katolikami sa takze Francuzi, Hiszpanie, Amerykanie, Chinczycy, Meksykanie itd. Katolicyzm jest bardziej internacjonalistyczny niz (potepiane przez autora) wszystkie internacjonalistyczne “lewackie ideologie” razem wziete. Z katolickiego punktu widzenia kazdy czlowiek jest katolikiem, tylko nie kazdy o tym wie. Czynienie Katolicyzmu jako czesci definicji Polaka szkodzi Katolicyzmowi i Polskosci, jest oczywistym bledem.
W sumie z artykulu autora zadowolonymi bylyby ministerstwa spraw zagranicznych Izraela i USA. Osoba myslaca widzi odrazu oczywiste zafalszowanie rzeczywistosci. Najgorszym bledem jest zafalszowanie pojecia “Zyd”, ktore oznacza tak naprawde nie czlonka narodu, lecz wspolnoty religijnej. Czyzby “Najwyzszy Czas” ubiegal sie o wsparcie finansowe zagranicy?
Zgadzam się ! Żyd oderwany od judaizmu nie jest Żydem, ateista posiadający obywatelstwo izraelskie nie jest Żydem. Chrześcijanin jest bardziej żydowski niż izraelski ateista.
A dlaczego autor tak bardzo sie przejmuje Izraelem? Moze badz pan orginalny i napisz cos o Ekwadorze.
Artykuł pryzpomina mi lamęt starego cadyka, aj waj! aj waj! co to będzie z Izraelem i królem Dawidkiem! aj waj!.Autor w dodatku kłamie nazywając Chaveza dykatorem, od kiedy to dyktator wygrywa w wyborach?. oczywiscie Karzaj, Mubarak, czy król Abdulach są wzorowymi demokratami. ostatnio też przeciwników Izraela nazywa się lewakami to nowa doktryna, niedawno wcielona w zycie, która podobnie jak”antysemita” ma definiowac automatycznie krytyków.
“…niedoścignionym wzorcem dla nich jest narodowy socjalista Hugo Chávez, dyktator Wenezueli…”. Narodowy socjalizm to inaczej nazizm. od kiedy Chávez jest nazistą??
dopiero, co pisałem o otoczeniu NCzu jako zbieraninie różnych podejrzanych wykształciuchów , wymieniając jako przykład pana Ch.
.
W tym artykule potwierdza on moją tezę.
Jako wykształciuch używa licznych terminów dla popisu i „unaukowienia” swojego wywodu, nie znając ich właściwego znaczenia. tak jest z “postmodernistyczną dekonstrukcją”, W odniesieniu do definicji żydostwa S. Sanda. Definicja to jest po prostu inna i nie ma nic wspólnego ze złożonym procesem metodologii dekonstruktywistycznej interpretacji.
.
To samo z pojęciem etnosu. pojęcie nie ma nic wspólnego z więzami krwi, jak sugeruje pan Ch., ale właśnie z kulturą. Etnos to grupa ludzi mająca poczucie wspólnego pochodzenia, wspólną kulturę oraz odczuwająca więź grupową; też: zespół cech charakterystycznych dla takiej grupy ludzi. znowu obciach.
.
Śmieszne jest też używanie angielskojęzycznych odpowiedników na takie banalne określenia jak metoda prób i błędów. U pana Ch. nazywa to się bambastycznie: trial and error. jakby angielski termin nie miał odpowiednika polskiego albo wnosił coś więcej do tematu?
tyle o wykształciuchu. teraz o podejrzanym wykształciuchu. Pan Ch. znalazł się nie wiadomo skąd w otoczeniu polskich libertarianów i wykorzystuje ich idee do wspierania syjonizmu. jak tego dokonuje? weźmy ten artykuł. wiadomo jest, że czytelnicy NCzasu i UPRowcy zieją nienawiścią do wszelakich przedstawicieli lawackości i państwowego zamordyzmu. Pan Ch. przedstawił ich jako zajadłych krytyków syjonistycznej koncepcji żydostwa. Tym samym uczynił z przedstawicieli konserwatywnej myśli libertariańskiej jej zwolenników. W ten sprytny sposób postawił, jeśli nie znak równości miedzy syjonizmem a ideologią konserwatywną, to przynajmniej uznał konserwatystów za sprzymierzeńców idei syjonizmu.
Takie manewry nie dziwią kiedy wiemy, że mamy do czynienia z członkiem United States Holocaust Memorial Council.
Aleś ty “mądry”. Płacą ci za pisanie takich elaboratów, czy robisz to dla idei?
anty, co za pytania? Wiem, że nie wchodzi ci do głowy, iż w gazetach mogą pisać idioci. Jako prosty człowiek myślisz, że to wielkie autorytety, Nie rozumiesz wielu rzeczy, o których piszą i zakładasz, że to jest coś mądrego. Ale się nie martw. Każdy ma swojego mistrza. Także pan Ch. nie rozumie o czym pisze Derrida i dlatego myśli, że to wielki filozof, a dekonstrukcja to temat, którego nie może zabraknąć w żadnym artykule.
.
Ja wypiłem sobie dzisiaj trochę wina i zabawiam się dla odprężenia w objaśnianie takim jak ty, co jest na rzeczy.
.
Mam bardzo konkrety zawód, wymagający dużych kwalifikacji i nie muszę pisywać dla pieniędzy ani wysługiwać się w jakichś Councilach. Zresztą zanudziłbym się tym szybko, co już powoli zaczyna następować.
.
Zatem dziękuję, anty, za tak wytężoną uwagę i życzę dalszej owocnej lektury.
ja też prosty człowiek nawet nie potrafię powtórzyć niektórych słów tu użytych ale chyba mówi się “Bombastycznie”. Nie bardzo nawet wiem kto ów Chodakiewicz (może chrzczony scyzorykiem ?) ale potwierdza on sygnały dochodzące ze świata że interesy Holocaust Industry idą coraz gorzej co jest rzeczą pozytywną.Dokonał tego pewien żydowski cwaniak niejaki Madoff za co zasłuzył na pewno na nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii aby powiększyć liczbę żydowskich geniuszy cieszących się takim uznaniem komitetu Noblowskiego.
p.Chodakiewicz jest dobrym historykiem i analitykiem historii społecznej i nie przekreśla go, że w tym wypadku się pomylił, albo że jako mieszkającemu od lat w USA zdażają się lapsusy językowe.
Niemniej chyba nie zrozumiał dobrze tezy Sanda. Sand twierdzi tylko tyle, że naród żydowski nie istnieje jako wspólnota dziedziczenia, czy “krwi” (żeby nie używać niepoprawnego słowa “rasa”).
http://www.rp.pl/artykul/398485.html