E-wydanie | Prenumerata | Księgarnia
100% prawicy! Wiosenne nowości w księgarni sklep-niezalezna.pl (tutaj)
Prasa amerykańska nazywa go często „Doktorem Nie”. Przydomek ten zawdzięcza temu, że jest znakomitym lekarzem oraz zdecydowanym politykiem, który z niezwykłą konsekwencją stawia opór lewicowej wizji państwa.
Ron Paul – nestor amerykańskiego libertarianizmu, konserwatysta i konstytucjonalista z wyboru – po raz kolejny próbuje w tym roku sięgnąć po kandydaturę Partii Republikańskiej w wyścigu do Białego Domu. I zapewne po raz kolejny mu się to nie uda. Ważne jednak, żeby jego przesłanie dotarło do szerokiej opinii publicznej.
„Decyzja należy do Ciebie”
76-letni Ronald Ernest Paul jest związany z polityką od 1976 roku, kiedy to po raz pierwszy został wybrany z 22. okręgu wyborczego stanu Teksas do Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Nie jest on jednak rodowitym Teksańczykiem. Urodził się i dorastał w Pittsburghu w stanie Pensylwania. Jego rodzice mieli pięciu synów. Ron był trzeci z rodzeństwa. Rodzina państwa Paulów utrzymywała się z prowadzenia niewielkiej pralni. Był to klasyczny przykład realizacji „amerykańskiego snu” bardzo drobnymi krokami. Paulowie byli również przykładem obywateli utrzymujących się z pracy własnych rąk bez pomocy państwa. Ron był od dziecka wychowywany w duchu dewizy 41. sekretarza stanu USA Williama Jenningsa Bryana
– „Przeznaczenie to nie kwestia szansy, na którą trafiasz w życiu, ale to kwestia wyboru; to nie jest rzecz na którą się czeka, tylko rzecz, którą trzeba osiągnąć”.
Być może dlatego, jak większość amerykańskich chłopców w tamtych czasach, Ron Paul rozwoził gazety, pracował w garażach naprawczych jako pomocnik lub pomagał rodzicom w interesie rodzinnym i zawsze dbał sam o swoje kieszonkowe. Przez całe życie podkreśla, że ten okres spokojnego, zrównoważonego i szczęśliwego dzieciństwa z Pensylwanii ukształtował jego pogląd na świat i rodzinę. Rodzice Rona Paula byli baptystami i nie sprzeciwiali się szczepieniom swoich dzieci. Na przełomie lat 30. i 40. XX wieku większość szczepień w USA była nieobowiązkowa. Ron Paul podkreśla, że w wolnym społeczeństwie każdy ma wybór. Wskazuje jednak przy tym i podkreśla z całą stanowczością, że nieprzyjęcie szczepionki na wirusowe zapalenie rogów przednich rdzenia kręgowego nie stanowi zagrożenia dla innych, ale jedynie dla tego, kto odmawia przyjęcia szczepionki. Pan Henryk Szewczyk, czytelnik tygodnika „Najwyższy CZAS!”, zwrócił uwagę, że w jednym z moich tekstów popieram przymusowy i narzucany rodzicom przez państwo system szczepień dzieci. Taki wniosek wyciągnął z artykułu, w którym napisałem o projekcie obowiązkowych szczepień na wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV), który chciał wprowadzić w Teksasie gubernator Rick Perry. Jestem absolutnym przeciwnikiem jakiejkolwiek ingerencji państwa w moje prawa jako rodzica. Ale nadal uważam, że zarzut wysunięty przez Michelle Bachmann podczas debaty republikańskiej był przynajmniej niestosowny, ponieważ dotyczył decyzji gubernatora podjętej z dobrej woli i w trosce o życie teksańskich kobiet. Uwagi pani Bachmann jako parlamentarzystki, która np. w czerwcu 2001 roku przy okazji innej sprawy opowiedziała się za nadrzędną rolą państwa w wychowaniu dzieci w stosunku do władzy rodzicielskiej, świadczy o zwyczajnej hucpie. Władza polega na podejmowaniu decyzji, a nie uśmiechaniu się do obiektywów. Szczepionki przeciw określonym typom wirusa HPV nie są cudownym panaceum na raka. Jednak są one do tej pory najskuteczniejszą barierą dla rozwoju czterech spośród kilkudziesięciu typów wirusa HPV. Problem z tą, jak i z wieloma innymi szczepionkami polega na tym, że może ona być podana jedynie w określonym wieku.
Co to oznacza? Parafrazując słowa Rona Paula zapytanego o sens koncepcji programowych szczepień dzieci, mogę jedynie dziękować Bogu, że moi rodzice nie mieli zastrzeżeń światopoglądowych wobec programu szczepień. Dzięki temu nie znam chorób, które dzisiaj dziesiątkują ludność Afryki, Indii czy niektórych regionów Ameryki Południowej. Senator Paul zapytany publicznie przez młodego wyborcę czy jest zwolennikiem pakietowych, powszechnych i obowiązkowych szczepień, odpowiedział najlepiej, jak mógł to zrobić lekarz medycyny i libertarianin: „Oczywiście istnieją zagrożenia związane ze szczepieniami, ale nie przesadzajmy – szczepionki to przede wszystkim wielkie błogosławieństwo. Kiedy byłem w szkole średniej, wielu moich sąsiadów i kolegów zmarło na polio tylko dlatego, że ich rodzice nie zgodzili się na szczepienia (…), ale podkreślam: w wolnym społeczeństwie każdy z osobna ma prawo do podjęcia własnej, niezależnej i przemyślanej decyzji dotyczącej swojego życia i zdrowia. Pamiętaj, że jeżeli nie przyjmiesz szczepionki na polio, nie narażasz mnie, ale jedynie siebie samego!”.
Libertarianin, konserwatysta, konstytucjonalista
Wielu z nas uważa Rona Paula za demiurga współczesnego libertarianizmu amerykańskiego. To także bez wątpienia intelektualny ojciec chrzestny Ruchu Partii Herbacianej. Czy jednak poglądy teksańskiego kongresmana można jednoznacznie zakwalifikować jako konserwatywne społecznie?
„Dr No” – jak nazywa go złośliwie amerykańska lewica – robi wrażenie człowieka dość otwartego na szerokie spektrum ideologiczne, co wywołuje często konsternację wśród jego zwolenników. Bez wątpienia jest zdecydowanym tradycjonalistą, ale swoich poglądów nie opiera na żadnej doktrynie religijnej, lecz przede wszystkim na zdrowym rozsądku.
Zdarza się, że w niektórych kwestiach istotnych dla amerykańskiej prawicy jego poglądy bywają zaskakująco liberalne (w amerykańskim znaczeniu tego słowa). Nie należy on na przykład do grupy zdecydowanych przeciwników legalizacji „małżeństw” homoseksualnych. Twierdzi, że sprawy światopoglądu religijnego, powstawania relacji międzyludzkich czy spraw seksualnych są tylko i wyłącznie prywatną sprawą wolnych obywateli. W opinii Paula państwo nie ma tu nic do powiedzenia. W 2004 roku zaskoczył swoje środowisko polityczne, głosując przeciw Federal Marriage Amendment – propozycji poprawki konstytucyjnej, która definiowała małżeństwo jako związek wyłącznie mężczyzny i kobiety. Poprawka ta nosiła także nazwę Marriage Protection Amendment (Poprawka Ochrony Małżeństwa). Rok później nawet Demokraci byli zaskoczeni, kiedy kongresman Paul zaproponował projekt ustawy pod nazwą „We the People Act” (Ustawa „My, Naród”). Projekt Paula przewidywał zakaz orzekania sądom federalnym w sprawach dotyczących aborcji, „małżeństw” tej samej płci, praktyk seksualnych, uznawania organizacji religijnych czy innych spraw natury
obyczajowej, jeżeli nie stoi to w skrajnej sprzeczności z Konstytucją USA.
Pozornie „We the People Act” wydawał się gestem w kierunku środowisk konserwatywnych społecznie, ponieważ przekazywał decyzje w kwestii drażliwych spraw społecznych do legislatur stanowych. W rzeczywistości jednak ta propozycja była bardzo na rękę zwolennikom legalizacji „małżeństw” tej samej płci. Dotychczas zalegalizowane „małżeństwa” homoseksualne były prawnie uznawane jedynie na obszarze sześciu stanów: Nowego Jorku, Massachusetts, Connecticut, Iowa, Vermont i New Hampshire. Gdyby ustawa Paula weszła w życie, władze federalne musiałyby uznać na poziomie federalnym ważność tych związków.
Czy te zabiegi oznaczały, że Ron Paul jest zwolennikiem „małżeństw” homoseksualnych? Zapewne nie. Wiele wskazuje, że jego jedyną intencją było przywrócenie tego typu decyzji społecznościom lokalnym. Jednak w środowiskach ultrakonserwatywnych jego postawa wzbudziła dyskusję i niechęć.
Jest to oczywiście krzywdząca ocena. Ron Paul to człowiek o bardzo statecznych poglądach. Kongresman może być dumny ze swojej niezmiennej postawy w kwestii aborcji. Historia jego głosowań wskazuje, że w tej sprawie jest człowiekiem bezkompromisowym. Jako ginekolog i położnik z wieloletnim doświadczeniem nigdy nie ukrywał, że uważa aborcję za zwykłe, ordynarne morderstwo. Dla lekarzy-aborcjonistów i ubezpieczycieli zdrowotnych był i jest prawdziwą udręką ze Wzgórza Kapitolińskiego. W 2002 roku głosował za dofinansowywaniem tylko tych ubezpieczycieli zdrowotnych, którzy w swoich raportach dowiodą, że nie finansują aborcji. Trzy lata wcześniej ostro sprzeciwił się ustawie zezwalającej na dowożenie młodocianych matek karetką do szpitala na zabieg usunięcia ciąży.
Jest też nieprzejednanym przeciwnikiem przeprowadzania eksperymentów medycznych na zamrożonych embrionach ludzkich.
Przeciwnik wojny
Podczas debaty republikańskiej na Florydzie w styczniu 2008 roku Ron Paul powtórzył opinię, która charakteryzuje jego niezmienny pogląd na temat polityki gospodarczej państwa: „Rząd może wpływać na gospodarkę tylko w jeden sposób: należy obniżyć podatki tak jak to tylko możliwe, zredukować do minimum regulacje krępujące przedsiębiorczość i stworzyć politykę monetarną mającą sens i oparcie w rezerwach złota”.
Ta wypowiedź jest kwintesencją poglądów amerykańskiego libertarianizmu. Chorobą państwa amerykańskiego jest model gospodarki stworzony przez potężne grupy finansowe i rząd w 1913 roku. System Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych jest nowotworem, który powoli wyniszcza amerykański organizm gospodarczy. Zastąpienie parytetu złota w 1971 roku jakimś mglistym, nie do końca zdefiniowanym parytetem gospodarczym nazywanym płynnością walutową spowodował, że banknoty dolarowe stały się jedynie kuponami na towar. To właśnie decyzja republikańskiego prezydenta Richarda Nixona o zniesieniu rezerwy złota doprowadziła w 1971 roku do powstania Narodowej Partii Libertariańskiej, która do niedawna była trzecią siłą polityczną w Ameryce. Z jej ramienia Ron Paul startował jako trzeci kandydat na prezydenta w wyborach w 1988 roku.
Kongresman Ron Paul jest zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich planów stymulacyjnych w kształcie nadanym przez administrację Obamy. Od lat przestrzega przed drukowaniem pustego pieniądza w celu pokrycia gigantycznego zadłużenia publicznego. Jako główny czynnik destabilizujący gospodarkę uznaje obecność wojsk amerykańskich za granicą. Jest także sceptycznie nastawiony wobec inwestowania kapitału amerykańskiego poza granicami kraju. Nigdy oficjalnie tego nie wyraził, ale w jego poglądach przebija tęsknota za czasami, kiedy w polityce amerykańskiej obowiązywała doktryna Monroe’a.
Podczas wspomnianej debaty wyborczej Partii Republikańskiej w styczniu 2008 roku na Florydzie roku senator John McCain ostro zaatakował bezpośrednio Rona Paula, zarzucając mu brak patriotyzmu i ksenofobiczny izolacjonizm.
„Podczas wielu debat politycznych słyszałem, jak kongresman Paul nawołuje do powrotu naszych oddziałów z zagranicy i zakończenia interwencji wojskowej w Afganistanie i Iraku, która w jego opinii się nie udała. Chciałbym panu powiedzieć, kongresmanie Paul, że tego typu postawa izolacyjna doprowadziła do wybuchu II wojny światowej (…). Hitler doszedł do władzy dzięki ludziom, którzy mieli takie właśnie podejście do naszej polityki zagranicznej” – grzmiał roztrzęsiony McCain. Odpowiedź kongresmana była kwintesencją jego osobowości i pokazem błyskotliwej inteligencji: „Niestety, John, nie rozumiesz różnicy między izolacjonizmem a nieinterweniowaniem w krajach, w których nie jesteśmy potrzebni. Ja chcę jechać za granicę i rozmawiać z ludźmi, przekazując im swoją wiedzę i mój sposób widzenia świata, a nie wysyłać wojska i uszczęśliwiać ich na siłę (…), najlepszą rzeczą, jaką możemy dać ludziom w Iraku, to oddać ich kraj w ich własne ręce; to zdecydowanie najlepsze, co możemy zrobić”.
Stosunek Rona Paula do wojen w Iraku i Afganistanie wyraźnie zniechęcił część elektoratu prawicowego. Kongresman uznał interwencję wojskową w tych dwóch krajach azjatyckich za gigantyczne marnotrawstwo środków publicznych, bezsensowną powtórkę wojny wietnamskiej, stanowiącej traumę jednego pokolenia Amerykanów, i porażkę amerykańskiej dyplomacji.
Być może to właśnie spowodowało, że w prawyborach w 2007 roku Ron Paul musiał przegrać wyścig z Johnem McCainem, mimo że w pewnym momencie liczba jego zwolenników zaczęła gwałtownie rosnąć. Wskazywał na to fakt, że w 2007 roku komitet Rona Paula pobił historyczny rekord w gromadzeniu funduszy. W ciągu jednego dnia jego sztab potrafił zebrać nawet 6 milionów dolarów. Rodzi to nadzieję, że jego poglądy jednak nie trafia tylko w polityczną pustkę.
Z drugiej strony nie łudziłbym się nadzieją na jego wygraną w nadchodzących prawyborach GOP. Jak powiada ewangelista: „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”. Istnieje natomiast niewielka szansa, że Rick Perry – jak dotychczas najbardziej prawdopodobny kandydat republikański w przyszłorocznych prawyborach prezydenckich – zaproponuje kongresmanowi ze swojego stanu wspólny marsz na Biały Dom. Można mieć jedynie nadzieję, że w tym wypadku zadziała drugie prawo Arthura C. Clarke’a, które w lekkim skrócie brzmi: „Kiedy ktoś twierdzi, że coś jest niemożliwe, bardzo prawdopodobne jest, że się myli”.
Bardzo dobry artkul. Prosimy o wiecej. Polsce tez potrzeba RON PAUL.
http://www.wicipolskie.org
http://www.ronpaul2012.com
Ameryce nie są już potrzebne żadne pozerskie podróbki w stylu Perry’ego, tylko prawdziwi wolnościowi Mężowie Stanu pokroju Rona Paula (któremu dlatego nie życzę fotela wiceprezydenta, aby nie robił na nim jedynie jako kwiatek do neokońskiego korzucha).
gdyby był młodszy to po takiej viceprezydenturze mógłby sięgnąć po prezydenturę. ale mając na uwadzę jego wiek, to faktycznie robiłby tylko za kwiatek do korzucha. a szkoda.
Libertarianizm to normalność Amerykanie jak i cały świat jeszcze nie są na coś takiego gotowi.
mówisz, że hans hermann-hoppe jeszcze będzie kiedyś noszony na koszulkach jak teraz che? mam nadzieję ;-)
W Ameryce bardzo możliwe że ta “normalność” wróci. Odsetek społeczeństwa popierającego libertarianizm (gospodarczy) jest tam na prawdę spory – przynajmniej dedukując ze znajomości z Amerykanami.
Co do Europy – to nie robił bym sobie wielkich nadziei. Tutaj wolny rynek prawdziwie ukształtowany przed dłuższy okres czasu praktycznie nie istniał. Prędzej przyjdzie kolejny Stalin/Hitler.
“Jest także sceptycznie nastawiony wobec inwestowania kapitału amerykańskiego poza granicami kraju”.
He, he ! A jednak kapitał ma narodowość i nie tylko żydowską :-) Coca-Cola jest amerykańska, Dr Oetker – niemiecki.
polski hydraulik jako polski kapitał ludzki pracuje wszędzie, niemożliwe – możliwe ?
Ron Paul jest przewidziany na to, że jak Obamba całkiem zbrzydnie, to Paul wskakuje na jego miejsce. Durnie.
Pobożne życzenia i nic więcej, gdyż w przeciwnym razie już w latach 80′tych stricte wolnorynkowy Paul byłby prezydentem zamiast pozoranckiego Reagana, także i teraz pseudoliberalne (w znaczeniu europejskim) neokonie znajdą sobie prędzej jakąś karierowiczowską wydmuszkę w stylu Perry’ego, a niżeli dopuszczą do wyborów (dlatego już w prawyborach republikańsko-demokratyczna monopartia Paula eliminuje) realnego antysocjaliste.
http://mises.pl/blog/2011/05/11/riggenbach-oszustwo-reagana/
Radzę nie zapominać o tym, że Republikanie muszą przede wszystkim wystawić kandydata, który ma realne szanse na zwycięstwo z Obamą. Paul nie ma takich szans, zbyt słabo wypada w debatach (wizerunkowo, nie merytorycznie) a zdobycie głosów w demokracji wymaga jednak dużej dozy grania na emocjach. Każdy republikański kandydat byłby lepszym prezydentem od Obamy ale nie każdy jest lepszym mówcą a niestety, GOPu nie stać na zaszycie się w okopach słusznych przekonań i pozostanie w nich z 2% poparciem, jak to się stało w Polsce z UPR.
Obama mówcą? Gdzie? Kiedy? Każdy nieanalfabeta potrafi czytać tekst z ekranu i jest równie dobrym mówcą jak Obama LOL
Perry się już podłożył. Romney czy jak mu tam przegra z “Nadzieją”
wielu przedstawicielom partii republikańskiej Ron Paul nie pasuje jako kandydat, głównie ze względu na swe anty militarne poglądy. Boją się jednak, że wystartuje jako reprezentant “trzeciej partii” i tym samym odbierze głosy ich reprezentantowi. Ron Paul świetnie wypada w debatach, jest absolutną gwiazdą tych debat. Jest coraz poważniej traktowany przez niezależne media np.CNBC. wielu uważa, że tylko on może wygrać z Obamą.
“Kongresman uznał interwencję wojskową w tych dwóch krajach azjatyckich za gigantyczne marnotrawstwo środków publicznych, bezsensowną powtórkę wojny wietnamskiej, stanowiącej traumę jednego pokolenia Amerykanów, i porażkę amerykańskiej dyplomacji.”
To jest sama istota krytyki błędnej polityki zagranicznej USA, prowadzonej zresztą od bardzo dawna i nie wykazującej żadnych oznak, że zmieni się na lepsze. Największym błędem jest angażowanie się w konflikty światowe tak ogromnymi siłami militarnymi, zamiast jedynie gospodarczo i doradczo. Najlepszym dowodem tego jest obecna sytuacja, kiedy to po zniszczeniu Iraku nadmiernie urasta w siłę Iran zagrażając światu bombą atomową. A teraz USA już nie są aż tak mocne aby wypowiedzieć Iranowi wojnę. Za tę błędną politykę USA zapłaci cały świat. Natomiast w kwestii podatków nie ma absolutnie racji. Tutaj jesteśmy oszukiwani bajeczkami o tym, ze niższe podatki spowodują ożywienie gospodarcze. Jest dokładnie odwrotnie. Natomiast te programy stymulacyjne wprowadzi wszak republikanin Bush. Obama tylko to kontynuuje i tylko z tego powodu, że nic innego nie pozwolą mu zrobić, przy czym jednocześnie jest do bardzo chwytliwy, populistyczny powód do krytykowania go . Ot taka pseudo prawicowa przewrotność.
Dodam jeszcze. Militarny globalny interwencjonizm USA wynika z doktryny lobbistów, którzy rządzą w tym państwie zza kulis od dziesięcioleci. Podczas gdy prezydenci zmieniają się jak kukiełki z lewa na prawo, takie postacie jak Cheney, Rumsfeld, Wolfowitz, Perl, Kissinger czy Brzeziński pozostają konstantami amerykańskiej polityki od lat. Ich powiązania wskazują jednoznacznie na FED. Z kolei zaangażowane w jego ramach czołowe prywatne banki USA są posiadaczami większości udziałów w zbrojeniówce, przemyśle energetycznym i budowlanym. To owe banki i należące do nich firmy zainteresowane są do prowadzenia kosztownych operacji militarnych w celu pozyskiwania rządowych kontraktów oraz strategicznego zabezpieczenia własnej bazy surowcowej. Naturalnie geszeft finansowy FEDu z rządem USA w celu finansowania tych posunięć jest ukoronowaniem tego perpetuum mobile do robienia kasy. Dlatego też nic w polityce USA się nie zmieni.
.
Co do podatków. Wszystkie podarki podatkowe zafundowane przez Busha najbogatszym zostały skonsumowane albo zainwestowane w interesy obiecujące większe dochody. Np. w Azji czy Europie, pozostawiając w kraju infrastrukturalne zgliszcza i ruiny.
Czemu autor dziwi się że Ron Paul wykazuje często liberalizm obyczajowy? Przecież to właśnie wynika z definicji libertarianizmu.
Konserwatyzm obyczajowy to nie jest libertarianizm lecz zamordyzm.
Liberalizm obyczajowy nie oznacza socjalizmu. Nie oznacza też “amerykańskiego liberalizmu”. Oznacza że człowiek ma prawo decydować o sobie w sprawach światopoglądowych, obyczajowych, społecznych.
Libertarianizm to sprzeciw:
- w sferze ekonomi wobec socjalizmu
- w sferze obyczajowej wobec konserwatyzmu
To nie jest nic trudnego do zrozumienia. To bardzo proste.
Podkreślam:
Konserwatywny liberalizm to nie jest libertarianizm.